Piłka hiszpańska i hiszpanistyczna

piątek, 27 września 2013

Pewnie pamiętacie rozróżnienie terminologii „kultura helleńska” i „hellenistyczna”. W wielkim skrócie chodziło o to, że to co funkcjonowało w Helladzie było tak świetne i ważne dla terenów na wschód od Morza Śródziemnego. Jądrem była więc helleńska, hellenistyczna była już tym co zaadaptowali podbici przez Aleksandra Wielkiego. Bowiem „rozlewaniu” pomagał oręż, a już szczególnie podboje Aleksandra  i jego papy Filipa.

Kilkanaście wieków później mamy zjawisko podobne. I nie chodzi mi wcale o zalew amerykańskiego badziewia, popularnie nazywany macdonaldyzacją, ani ichni korporacjonizm zalewający nas hasłami o wolnym wyborze przy równoczesnym monopolizowaniu rynków przez te korporacje właśnie!

Chodzi mi hiszpański futbol!

 

Nie tylko Real i Barca

Hiszpanie „od zawsze” byli dobrymi piłkarzami. Real Madryt do dziś dzierży rekord wygranych w najważniejszych rozgrywkach, Lidze Mistrzów/Pucharze Europy. Ale do XXI wieku Hiszpanie byli ciut gorsi od Niemców, Anglików czy Włochów.
Przełomem były wygrane Realu w Lidze Mistrzów w 1998, 2000, 2002. Przełomem bo nakręciły koniunkturę na ligę hiszpańską. Kiedy chwilę później eksplodowała Barca prowadzona przez największego showmana wśród futbolistów, Ronaldinho, kibice przekonali się, że gra się tam szybko, przyjemnie dla oka, a poziom zaawansowania taktycznego i technicznego jest najwyższy na świecie. Rok 2006 przynosi wielki sukces, Barca wygrywa Ligę Mistrzów, a Sevilla Puchar UEFA. Superpuchar Europy był więc wewnętrzną, hiszpańską rozgrywką. W 2007 Sevilla broni trofeum! W 2008 reprezentacja Hiszpanii, grająca porywający futbol wygrywa Euro. W 2009 Barca, jako pierwszy klub w historii futbolu wygrywa sześć trofeów w jednym roku. Rok potem Atletico Madryt zwycięża w Lidze Europy a Hiszpania pierwszy raz zwycięża w mundialu i jest ósmym mistrzem świata. W 2011 Barca znów wygrywa Ligę Mistrzów, w 2012 Ligę Europy Atletico Madryt, a reprezentacja Hiszpanii jako pierwsza w historii broni mistrzostwa Europy!

W 2013 roku Lionel Messi, Argentyńczyk ukształtowany w Hiszpanii, jako pierwszy w historii, zostaje czwarty raz z rzędu wybrany najlepszym graczem świata.

I to jeszcze nie koniec wyliczanki!

Hiszpański sukces to nie tylko futbol zawodowy. W 2011 i 2013 reprezentacja Hiszpanii do lat 21, czyli bezpośrednie zaplecze „dorosłej” wygrywa mistrzostwa Europy. W 2006, 2007, 2011, 2012 wygrywają ME do lat 19! Hiszpania dzierży też rekord mistrzowskich tytułów w kolejne, jeszcze młodszej kategorii wiekowej!

 

Widowisko ponad wszystko

Kiedy byłem dzieciakiem i zaczynałem swoją przygodę z hiszpańską piłką na początku lat 80., reale, barcelony i athletiki ujmowały mnie fenomenalnym wyszkoleniem swoich piłkarzy. Nawet Niemcy grywający wówczas w Primera Division potrafili robić show, czego  o ich utytułowanej reprezentacji powiedzieć się nie dało. Hiszpanie mieli jednak ten defekt, że nie potrafili efektowności połączyć z najwyższą efektywnością. W 1982 mundial u siebie przerżnęli z kretesem. Dwa lata potem na Euro, w finale pogrążył ich Platini i s-ka, a klapą okazał się finałowy mecz dla rewelacyjnego wówczas bramkarza Arconady. W 1986 byli czarnym koniem mundialu w Meksyku. Do fazy KO weszli bez kłopotów, w 1/8 zdemolowali 5-1 Danię, która chwilę wcześniej ośmieszyła 6-1 Urugwaj! Przed ćwierćfinałowym meczem z Belgią byli murowanymi faworytami… ale znów zawiedli i odpadli po karnych. Kolejne turnieje kończyły się mniejszymi i większymi klęskami, acz zawsze następcy Zarry imponowali łatwością dryblingu (Gordillo, Carrasco, Julio Alberto Moreno i in.), mieli twardych obrońców (Camacho) i niezłych napastników (Butrageno, Santillana, itp.). Hiszpanię po prostu się oglądało, piłka „chodziła” jak po sznurku, żadnego walenia z 30 metrów, żadnych 50-metrowych crossów.  Tylko sukcesów brakowało…

 

Szczypta Holandii, dwie łyżki Brazylii

Oczywiście obcokrajowców najwyższych lotów w Hiszpanii nie brakowało jeszcze w latach 50. Grali tam wielcy Węgrzy, wielcy Brazylijczycy, Argentyńczycy, potem Niemcy, potem zjechali tam Jugosłowianie…  Lecz pewnie to Holendrzy mieli największy wpływ na ukształtowanie współczesnego futbolu w Hiszpanii. Od Michelsa, przez Cryuffa, po Rijkarrda i van Gaala – tak wykuwała się legendarna tiki-taka Barcelony. Holenderska idea realizowana w Hiszpanii w najlepszych brazylijskich przyprawach.

Oczywiście obruszą się kibice Realu na tą barcelońską wyliczankę, lecz od razu przypomnę, że od 1996 do 2010 przez ich ukochany klub przewinęli się tacy znakomici Holendrzy jak Seedorf, van Nistelrooij, Robben, Huntelaar, van der Vaart i paru mniej wybitnych z Drenthe na czele.

Istotą gry Brazylijczyków jest wygrywanie. Owa joga bonita wychodziła im niejako przy okazji. Dla Brazylijczyków liczy się tylko pierwsze miejsce. Kto nie wygrywa przegrał! Holendrzy zaś ponad wszystko uważali, że ważny jest pomysł i żelazna konsekwencja w… strzelaniu goli. Mnóstwa goli. W takich to okolicznościach, przedstawionych tu w wielkim skrócie, bardzo dobrzy Hiszpanie stali się najlepsi na świecie.

 

Hiszpanistyczna?

Ligę hiszpańską ogląda każdy szanujący się kibic futbolu. Gran Derbi ogląda 700 mln ludzi. W małym, Sportklubie, Gran Derbi oglądało pół miliona ludzi co jest rekordem stacji, o który nigdy nawet się nie otrzemy. Hiszpańskich graczy chcą mieć wszyscy. Ba, niekoniecznie chodzi tylko o kupowanie samych Hiszpanów ale całego procesu kształtowania ekip. W analizie popełnionej przed rywalizacją Barcy z Bayernem wskazywałem na podobieństwa miedzy tymi dwiema potęgami.

FC Porto dominujące w Portugalii już dawno przejęło obowiązujący w Barcy, zapoczątkowany w Ajaksie, model szkoleniowy.

Ostatnio jednak dzieją się wydarzenia jednoznacznie wskazujące, że futbol niczym wojska Aleksandra Wielkiego stał się nośnikiem „hispanizacji”. Oto w tym sezonie na boiskach Premier League, najdroższej, najbogatszej ligi świata biega ponad 30 Hiszpanów! Uchodzącym za najefektowniej grający w Anglii klub jest Swansea, który w wyjściowym składzie regularnie wystawia 5-6 Hiszpanów, zaś trenerem drużyny jest legendarny as Realu i Barcy Mikael Laudrup. Manchester City przez lata wydawał setki milionów na budowę drużyny. Bezskutecznie. Aż wreszcie naściągali Hiszpanów i graczy z ligi hiszpańskiej, chilijskiego trenera przez 11 lat pracującego w Hiszpanii i wreszcie zlali na kwaśne jabłko Manchester United i wreszcie grają przyjemną dla oka piłkę. Nie można zapominać, że Argentyńczyk Pocchettino, który z dołka wyciągnął Southampton przez prawie całą zawodową karierę grał w Hiszpanii i tylko w Hiszpanii parał się trenerką.
Nawet Arsene Wenger, znany z tego, że ma węża w kieszeni, na stare lata postanowił zaszaleć i 50 mln euro wydał na niemiecką gwiazdę Realu Madryt Mesuta Ozila. A wyliczankę trzeba by tak naprawdę rozpocząć od Beniteza, Liverpoolu i wygrania przez The Reds Ligi Mistrzów w 2005. Premier League, en bloc, doszła do wniosku, że skoro nie da się wyszkolić swoich tak jak Hiszpanów to trzeba hurtowo importować ludzi z tego kręgu piłkarskiego. Kiedyś, to samo robili z Serie A, potem z Ligue 1, po mistrzostwach świata i Europy zdobytych przez Francję.

Ciekawostką jest jednak, że nie tylko Anglicy importują „hiszpańską myśl szkoleniową” rozszerzając ową „hispanizację” futbolu. Najlepszy klub Europy, Bayern Monachium zaangażował Pepa Guardiolę a ten ściągnął do towarzystwa Javiemu Martinezowi brazylijskiego Hiszpana Thiago. Już w 2010 za hiszpańskie transfery wzięło się Schalke. A niemiecka piłka dziś, stylistycznie, jest najbliższa hiszpańskiej w całej swej historii!

„Hispanizują” się też Włosi. I nie chodzi nawet o to, że Llorente przeszedł do Juventusu, a Luis Enrique bez powodzenie próbował krzewić tiki-takę w AS Romie. Znający historię przecież pamiętają jak na przełomie wieków hiszpańskiego bakcyla połknął Milan i wcale na tym dobrze nie wyszedł. Teraz „hispanizuje” Rafael Benitez ściągając Reinę z Liverpoolu, Albiola, Celejona i Higuaina z Realu, zmieniając ustawienie bazowe z najpopularniejszego we Włoszech 3-5-2 na wiodące w Hiszpanii 4-2-3-1, kasując długie corssy, desperackie centry ze skrzydła, strzały zza 20. metra… Zmienia tradycyjnie widowiskowe Napoli w hiszpańską maszynę destrukcji.

A kto pamięta, jak w sezonie 2008/09 zmieniła się Benfica? Toż to Sanchez Flores nadał jej inny wymiar, hurtem – przy okazji – ściągając piłkarzy, nie tylko hiszpańskich, z Primera Division. Dziś Benfica gra w stylu cenionym w La Liga, a kluczowymi graczami podczas tamtej przemiany byli Javi Garcia, Aimar czy Saviola (mniej znaczący acz ilościowo istotny był wpływ Roberto, Nolito, Rodrigo). Od dwóch lat QSF pracuje za petrodolary na Bliskim Wschodzie, który również docenia Hiszpanów, stąd w Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Kuwejcie pracuje już dziś kilku hiszpańskich szkoleniowców i graczy (np. Raul).

Ba, Hiszpana chce dziś mieć każdy! Belgowie, Polacy, Rosjanie, nawet Brazylijczycy! Tak jak w latach 90. na fali sukcesów reprezentacji Brazylii (MŚ 1994, Copa America 1995, v-c MŚ 1998, MŚ 2002) import brazylijskich graczy był masowy tak dziś podobne zjawisko obserwujemy w Hiszpanii. Doszło już do tego, że kiedy w Setancie czy innej brytyjskiej telewizji zdarzy mi się oglądać mecz mniejszych, hiszpańskich drużyn, to słyszę angielskich komentatorów i sprawozdawców mówiących, że ten czy ów gracz Grenady lub Almerii dwoi się i troi bo może zainteresuje sobą skautów z Premier League bo i tak do Realu czy Barcy nie trafi.
Jedni uważają więc, że trzeba grać w najpopularniejszym w Hiszpanii ustawieniu bazowym 4-2-3-1, długo rozgrywać i za nic nie oddawać piłki rywalowi wliczając w potencjalne straty takie zagrania jak: strzały z dystansy, wybicia piłki nogą przez bramkarza, podania crossowe, na krzyż od obrońcy do napastnika. nadużywanie centr ze skrzydła. Trzeba preferować grę na jeden lub dwa kontakty, gra jeden na jeden tylko po to aby wypracować lepszą pozycję w ataku pozycyjnym czyli doprowadzić do sytuacji, w której mającego piłkę atakuje możliwie najwięcej rywali a koledzy dryblera mają więcej swobody. Tyle teoria, bo w praktyce trzeba jakiś ludzi z ligi hiszpańskiej do kiwania i trenowania ściągnąć.

Inni, próbują kupić konia z zaprzęgiem, np. cały Manchester City zdaje się dziś oszalały na punkcie Hiszpanii. Szefem klubu jest były członek zarządu Barcy, a dyrektorem sportowym były gracz i też dyrektor sportowy blaugrany.
Biedniejszym pozostaje najwyżej angaż byłego gracza Barcy w roli trenera (vide Bakero w Polsce) albo podpatrywanie (niekoniecznie w tv, są przecież liczne staże trenerskie!).

 

Koszulka jest wszędzie

Hiszpański fenomen jest fenomenalny dlatego, że w przeciwieństwie do zalewu brazylijskiego z lat 90., nie jest to tylko i wyłącznie ilościowy najazd piłkarzy. To jest przede wszystkim wpływ hiszpańskiego patrzenia i myślenia o piłce. Nie chodzi więc o to aby mieć w składzie wielu Hiszpanów ale by grać jak oni, naśladować ich. Swansea, Porto, Bayern, Napoli grają dziś tak jak kluby w La Liga i zamiana koszulek z Atletico, z Bilbao, z Sociedad mogłaby niejednego kibica solidnie zmylić!

Hiszpanie mają też coś jeszcze, czego żadna inna, dominująca wcześniej w świecie futbolu nacja nie miała. Marketing i internet! Otóż, z ligi hiszpańskiej wyjeżdżają hiszpańscy trenerzy i gracze. Trafiają głównie do najlepszych lub czołowych drużyn w innych ligach. Hiszpanie zaś zabierają sobie creme de la creme z innych krajów. Dziś świat podzielony jest na tych, którzy kochają Cristiano Ronaldo i tych, którzy wielbią Messiego. Pierwszy jest liderem Realu Madryt, drugi Barcelony. Co więcej, hiszpańscy giganci ściągnęli z dwóch największych rynków piłkarskich (angielskiego i brazylijskiego) dwie największe lokalne gwiazdy, czyli Garetha Bale’a  i Neymara.

Chcesz zobaczyć naprawdę najlepszych na świecie? Musisz oglądać Real i Barcę. Efekt tego taki, że czy prowadzę córkę do szkoły na Mokotowie czy odwiedzam Brazylię, czy jestem na piwie w Czechach lub Słowacji, wszędzie widzę koszulki Messiego lub CR7!

Kibice w Polsce z równą zaciekłością kłócą się o dominację Realu i Barcy co o lokalne popisy klubów z Ekstraklasy. Obraz 42 tysiące widzów na meczu drugiego garnituru Barcy w Gdańsku przypomniał mi moje pierwsze spotkanie z Barcą w Polsce, kiedy to Wisła grała z blaugraną w europejskich pucharach. Bilety były tańsze, Barca z prawie wszystkimi gwiazdami a stadion niewielki. Tam, gdzie futbol przeżywa kryzys, gdzie piłkę trawi korupcja, gdzie nie ma pieniędzy na dobrych graczy, gdzie ludzie nie mają porządnych rozgrywek (czyli w 70% krajów) ogląda się EPL i La Liga. Lecz to amplifikacje małego Ronaldo i małego Messi biegają na milionach szkolnych i osiedlowych boisk, tak jak wcześniej biegali Zidanowie i Ronaldinhowie!

Będąc niedawno w Brazylii słyszałem wielu dziennikarzy tęsknym głosem pytających trenerów klubowych o tiki-takę. Gra dla Barcy jest dziś największą nobilitacją w kraju pięciokrotnych mistrzów świata. Ba, oszaleli na punkcie tiki-taki Argentyńczycy. Nawet magazyn piłkarski dla dzieciaków, który robi zawrotną furorę nad La Platą tak właśnie nazwali, Tiki-Tiki.

 

 

Zapytacie czy to źle, że tak się nam hispanizuje ta nasza piłka? Jeśli zestawić jakość hiszpańskiego futbolu z jakością McDonaldsa, który jest symbolem zalewającego nas amerykanizmu (zwróćcie uwagę na to jakie oglądamy filmy, że większość programów rozrywkowych to polskie adaptacje programów Made in USA, że w ogóle heblujemy telewizję już jak Amerykanie, że bez ajfona ani rusz, że w szeregu barów obok McD’sa mamy Burger Kinga, KFC, Subwaya i Pizza Hut, a zwroty typu ASAP czy FYI w korporacyjnych mailach wypierają rodzime, że na półkach księgarskich 1/3 książek to prace amerykańskich autorów a tematy z zakresu marketingu, ekonomii, nauk społecznych i nawet historii – co dla mnie jest skandalem – zdominowane są przez autorów amerykańskich) to chyba lepiej trafić się nie mogło.
Skuteczność idzie pod pachę z elegancją i gracją, szybkość z precyzją a finezja z rutyną. To tak jakby w każdej galerii handlowej świata, w centrum biurowym ludzie zamiast buły z kotletem zajadali się chrupiącymi sałatami, z soczystymi pomidorami, aromatycznym serem, orzechami i pachnącym mięsem nie pochodzącym z przemysłowych kur znanych mi w czasach „przedmarketingowych” pod nazwą brojler….

 

*autor w latach 2002-2003 współprowadził stronę www.primeradivision.pl, w latach 2003-2004 był właścicielem strony www.ligahiszpanska.pl, w latach 2006-2007 prowadził rubrykę hiszpańską w Magazynie Futbol, w latach 2010-2012 był sprawozdawcą meczów Pucharu Króla w Sportlubie, z trybun m.in. San Mames, Camp Nou, El Prat, Mestalla oglądał mecze ligi hiszpańskiej, europejskich  pucharów, superpucharów etc.

Kategorie: Piłka nożna

 

Lista komentarzy

Zico pisze:

Nie ma sprawy. Tekst jednak jest naprawdę „świeży” – odważne koncepcje i ciekawe przedstawienie pewnej cząstki piłkarskiego świata.

Brasileirao pisze:

@Zico: poprawiam i do błędu się przyznaję.

Zico pisze:

@Brasileirao; ten fragment zdania: „hellenistyczna była już tym co zaadaptowali Rzymianie i im współcześni” ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co ja z pingwinami. Kultura hellenistyczna jako taka powstaje w wyniku przenikania się nawzajem kultury starożytnej Grecji i kultur Bliskiego Wschodu (polecam pierwszy lepszy podręcznik do historii, by to sprawdzić). Rzymianie istnieli już kilka wieków przed Aleksandrem (to też można sprawdzić), dlatego pisanie o tym, że adaptowali kulturę hellenistyczną, jest po prostu wierutną bzdurą: oni nie tylko nie byli częścią świata hellenistycznego, ale sami przyczynili się do jego upadku! Jeśli dalej się nie zgadzasz to za tydzień napiszę na tę stronę tekst, że Brazylia istnieje od czasów Arawaków i też zacznę bronić tej tezy, bo mam takie prawo.

Brasileirao pisze:

@Zico: przeczytaj jeszcze raz a potem pisz o bzdurach.

Zico pisze:

W czasach epoki hellenistycznej Rzymianie funkcjonowali jedynie w ramach Republiki Rzymskiej, która z kolei nie była częścią świata hellenistycznego. Pierwszy akapit – bzdura; cała reszta – naprawdę cenne uwagi.

Dodaj komentarz

Czytaj również

Najczęściej komentowane

Polecamy

Tagi